Info
Suma podjazdów to 71481 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Maj6 - 2
- 2013, Kwiecień7 - 10
- 2013, Marzec2 - 2
- 2013, Luty2 - 1
- 2012, Październik1 - 2
- 2012, Sierpień10 - 3
- 2012, Lipiec14 - 2
- 2012, Czerwiec12 - 4
- 2012, Maj13 - 3
- 2012, Kwiecień12 - 12
- 2012, Marzec16 - 16
- 2012, Luty4 - 0
- 2012, Styczeń2 - 0
- 2011, Kwiecień2 - 4
- 2011, Luty1 - 0
- 2010, Czerwiec2 - 0
- 2010, Maj3 - 0
- DST 47.75km
- Teren 10.00km
- Czas 03:32
- VAVG 13.51km/h
- VMAX 51.31km/h
- Podjazdy 656m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Tęczowa Przesieka
Niedziela, 25 marca 2012 · dodano: 26.03.2012 | Komentarze 1
Po wczorajszym człapaniu po górach, dzisiaj powrót na dwa kółka.
Razem z Markiem postanowiliśmy wybrać się do Przesieki, a przy okazji wypróbować w akcji statyw do aparatu, który Marek kupił.
Trasa raczej oczywista, czyli asfaltem z Cieplic, przez Podgórzyn do Przesieki.
Na wysokości wodospadu skręciliśmy z asfaltu w las, wszak właśnie tam jest to, co najlepsze w Przesiece. Śmigaliśmy sobie to w górę, to w dół, szlakiem żółtym, niebieskim, zielonym, stąd m.in. "tęczowa Przesieka". Jednak głównym powodem tej tęczowości jest nasza mistrzyni Maja, która nie raz w swojej tęczowej koszulce śmigała w tych okolicach, o czym nie raz można przeczytać (i zobaczyć) na jej stronie.
Tym razem co prawda Mai nie było, co nie znaczy, że nie mijaliśmy innych rowerzystów i rowerzystek. Te okolice czasem wyglądają tak, jakby nie mieszkał tu nikt inny jak fani dwóch kółek. Człowiek czuje się tu jak w domu, sami swoi. ;)
Podczas jazdy po raz kolejny poruszyliśmy z Markiem temat generalnej niechęci do spędzania aktywnie czasu wolnego wśród większości ludzi. Dla nas to oczywiście nie do pomyślenia i nie znaleźliśmy jakiś sensownych przyczyn, czemu właśnie tak się dzieje. Tak samo jak nie wiemy, czemu nasze kobietki MTB potrafią regularnie zajmować miejsca w pierwszej 20 na zawodach, a nie raz i w pierwszej dziesiątce, a faceci to gdzieś tam zawsze 40 miejsca lub gorzej. Zastanawiające...
W trasie przytrafiła się Markowi mała awaria, bo w czasie zjazdu dobił tylnym kołem przejeżdżając przez poziome odpływy i złapał kapcia. Okazało się, że zapas który posiadał ma jakiś felerny wentyl i trzeba było co chwilę dopompowywać dętkę, przez co nieco wcześniej postanowiliśmy zjechać z trasy. 
Ślad GPS trasy
- DST 15.00km
- Teren 15.00km
- Czas 05:49
- VAVG 2.58km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Samotnia, Strzecha, Dom Śląski
Sobota, 24 marca 2012 · dodano: 24.03.2012 | Komentarze 4
Mówi się (w co nie wierzę, ale dobra), że nie samym rowerem człowiek żyje. Dziś starałem się sprawdzić tą maksymę i razem z Asią wybraliśmy się do Karpacza, poczłapać co nieco po górach.
Oczywiście już na samym początku wycieczki położyłem kłam ww stwierdzeniu, bo mimo, że obuty byłem nie w Race Kingi, a w Salomony, to nie omieszkałem przy kasie do KPN poskarżyć się pani w okienku na niesprawiedliwy i dyskryminujący nas, braci i siostry zjednoczone w rowerze, zakaz wjeżdżania naszymi jednośladami w wyższe partie Karkonoszy. Pani okazała się naprawdę miła, bo nie dość, że w pełni poparła moje niezadowolenie, to jeszcze wyjaśniła, czemu tak to teraz wygląda, a czemu kiedyś (co dobrze pamiętam) było dużo lepiej. Mianowicie obecny dyrektor KPN nie lubi rowerzystów, bo podobno gdzieś tam pod Chojnikiem jeden z nich wjechał w jego samochód. Ile w tym prawdy jest nie wiem, ale nawet jak po części by się to sprawdziło, to mamy dobitny przykład na to, jak jedna "czarna owca" potrafi zepsuć wizerunek wielkiej grupy.
No nic, pozostaje czekać na zmianę dyrektora ;) A póki co trzeba sobie radzić, tak jak pani w kasie poradziła, czyli że niby wprowadzać rower na górę, a jak nikt nie patrzy, to na siodełko i kręcić ile się da ;) Bo niby strażnicy z KPN nie są już tacy surowi i mandatów nie wlepiają, a co najwyżej mogą pouczyć.
No ale ja tu nawijam o rowerach, a przecież w górach byłem na piechotę ;)
A jak było? No rewelacyjnie!
Pogoda wyśmienita, niemal cały czas słońce (podobno wyglądam jak Koala ze zjaraną twarzą i białymi po okularach obwódkami dookoła oczu), w zasadzie zero wiaterku, tłumów też nie było jakiś wielkich. Na szlakach oczywiście śnieg, mokry, momentami mocno rozdeptany, co nieco utrudniało człapanie, szczególnie przy schodzeniu (a raczej zjeżdżaniu na butach). Wymyśliliśmy sobie z Asią, że będziemy wyszukiwać "niedzielnych turystów" i oczywiście ze znalezieniem takowych problemu nie było. Adidasy do kostki to na porządku dziennym były, szczególnie u tych, którzy pod Snieżkę wjechali wyciągiem. Jednak jedna z dziewczyn przebiła wszystkich - wspinała się z dołu Karpacza w butach typowo letnich, balerinki zdaje się tak na to babeczki mówią. Nie dość, że te buty to cieniutka szmatka, to w dodatku 3/4 jest odkryte. W zasadzie na to samo by wyszło, gdyby ta dziewuszka w sandałach wchodziła. :) Ale widocznie była mocno zdeterminowana żeby wdrapać się na górę, bo na skarpetkę miała naciągnięty woreczek foliowy, który zapewne miał ją chronić od mokrego śniegu. :D
Zrobiliśmy w sumie 16 km i była to naprawdę miła odmiana od codziennego rowerowania. 


Ślad GPS wędrówki
- DST 71.00km
- Teren 30.00km
- Czas 04:58
- VAVG 14.30km/h
- VMAX 48.62km/h
- Podjazdy 1182m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Trójca -Szybowcowa, Łysa, Okole
Czwartek, 22 marca 2012 · dodano: 22.03.2012 | Komentarze 0
Dzisiaj planowałem się trochę zmęczyć, dlatego wybór padł na trzy szczyty - Górę Szybowcową, Łysą Górę i Okole. Pogoda taka jak w ciągu kilku ostatnich dni, czyli niby pochmurnie, ale jakieś tam słońce czasem zaświeci, wiatr też niby słaby, ale za to północny, więc potrafi zmrozić nery. Na rower w sam raz :)
Początek niestety asfaltowy, aż na Górę Szybowcową. Tam krótki odpoczynek, bo widoczność na Jelenią i Karkonosze dzisiaj na prawdę kiepskawa, więc nie było co podziwiać. 
Stąd kierunek Łysa Góra. I nareszcie upragniony teren. Na początku łąka, później las, trochę błota, kamieni, korzeni - to co najlepsze :) Na Łysą od tej strony nie wjeżdżałem chyba z 10 lat, więc momentami miałem wątpliwości w którą stronę jechać. Zastosowałem jednak taktykę, że skoro Łysa jest wyższa od Szybowcówki, to jadę tam, gdzie droga prowadzi pod górę. I sprawdziło się :) Dotarłem na szczyt.
Chwilę "popasłem się" na łączce, pstryknąłem kilka fotek i ruszyłem dalej.

Kawałek zjechałem asfaltem, a później na przełaj, po stoku, w dół w kierunku lasu. Pamiętałem, że gdzieś tam był niebieski szlak, którym planowałem wjechać na Okole. Niestety na szlak nie trafiłem i przez część lasu musiałem przejechać po ściółce. Dopiero po jakimś czasie trafiłem na drogę po zrywce, co w cale nie znaczyło, że jechało się łatwiej. Ściółka była w miarę równa, sucha, a ta droga pełna naprawdę głębokich kałuż, błota no i strumyki też się trafiały :) Po przeprawie ( bo jazdą tego nazwać nie można było) w końcu dotarłem do drogi na Świerzawę, a stamtąd skręciłem na niebieski szlak na Okole.
Droga była całkiem ok, szczerze to myślałem, że będzie ten podjazd trudniejszy, tak przynajmniej wynikało z opowiadań znajomych. Sam na tej górze byłem ostatni raz z 15 lat temu, w dodatku piechotą, więc dla mnie wjazd rowerem to była nowość. 

Końcówka była nieco trudniejsza, większe nachylenie i sporo śliskich kamieni, ale z tym też problemu nie było.
A na szczycie, no cóż, tak jak wcześniej wspomniałem, dzisiejsza pogoda nie była najlepsza do podziwiania widoków. Łysą było widać, jakieś tam zarysy Rudaw również, ale Karkonoszy zupełnie nie. 
Długo tam nie zabawiłem i ruszyłem w dół, dalej niebieskim szlakiem w kierunku... no właśnie nie wiedziałem gdzie mnie ten szlak zawiedzie, ale to akurat nie było najważniejsze. Liczyła się zabawa w trakcie zjazdu, bo momentami można było naprawdę poszaleć. :)

Po drodze trafiłem niestety na ślady ludzkiej głupoty, bo komu do cholery przeszkadzał ten słup z oznakowanymi szlakami?! 
Mknąłem dalej w dół, tym razem zamieniając szlak niebieski na żółty. W końcu wyjechałem z lasu i znalazłem się w miejscowości, która z wyglądu przypominała mi... zupełnie nic. ;) Nie miałem pojęcia gdzie jestem. Do wyboru miałem albo jechać w lewo, albo w prawo. Wybrałem w prawo. Skończyła się wioseczka a ja dalej śmigałem asfaltem przekonany, że coraz bliżej mam do Jeleniej. I jakie było moje zdziwienie, gdy w pewnym momencie na horyzoncie pojawił się wulkan Ostrzyca Proboszczowicka! Cholera, przecież to nie ten kierunek! 
Zwracać już było bez sensu, więc pojechałem dalej i trafiłem na drogę, którą wracałem ostatnio z Grodźca. Robiło się trochę późno, więc już nie kombinowałem z szukaniem drogi w terenie, tylko śmignąłem asfaltem przez Bystrzycę, Wleń, Pilchowice, a potem na skróty przez zaporę we Wrzeszczynie i Barcinek.
Reasumując - wycieczka całkiem ok i muszę przyznać, że trochę ją w nogach czuję, więc jestem zadowolony. :)
Ślad GPS trasy
- DST 59.17km
- Czas 03:24
- VAVG 17.40km/h
- VMAX 50.59km/h
- Podjazdy 919m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Świeradów Zdrój
Środa, 21 marca 2012 · dodano: 21.03.2012 | Komentarze 2
Dzisiaj nie planowałem wychodzić na rower. Rano pogoda była naprawdę średnia, bliżej jej było do deszczu, niż do bezchmurnego nieba. Śniadanie, kawka, ciasto i... co tu ze sobą zrobić? Włączyłem kompa i po raz kolejny oglądnąłem zdjęcia z Pucharu Świata w Pietermartizburgu. Tam to mieli pogodę - ciepło, słonecznie, nie to co u nas. Chociaż... za oknem aż tak źle przecież nie jest ;) Na godzinną jazdę w sam raz ;) I 15 min. później już pedałowałem w kierunku Rozdroża Izerskiego.
Początek trasy ten sam, co wczoraj, czyli kierunek Chromiec. Tym razem pojechałem asfaltem nieco dalej i wjechałem do lasu koło remizy. Droga leśna typowo izerska - autostrada. 
Im wyżej i bliżej Rozdroża Izerskiego, tym śniegu więcej. Były miejsca, gdzie na drodze było na przemian błoto z lodem. Temperatura oczywiście też spadła, w dodatku zaczęło dość mocno wiać. Dobrze, że spakowałem do plecaczka windstopera. Pewnie bez niego nie zdecydowałbym się na dalszą jazdę. 
Na Rozdrożu szybki rzut okiem na Stanisława i... nie, nie do domu. Skoro już tu dojechałem, a pogoda robiła się coraz ładniejsza, postanowiłem wybrać się do Świeradowa i zobaczyć jak tam idą prace nad polską częścią Singla. Bracia Czesi pisali, że już są zrobione ścieżki w okolicy Zajęcznika, a że wydawało mi się, że kojarzę która to góra, ruszyłem w długą, a konkretniej asfaltem w dół, do Świeradowa. 
W mieście skierowałem się w stronę kolejki gondolowej, bo tamtędy najbliżej do Singla, a poza tym ciekawy podjazd. Przy kolejce chwila odpoczynku i w las. 
No i tak jechałem tym lasem przed siebie, święcie przekonany, że kieruję się w stronę Zajęcznika. Mniej więcej po 3 km skapnąłem się, że to nie Zajęcznik, a Stóg Izerski. Z daleka bym rozpoznał, choćby po schronisku, jednak jadąc przez las już tak łatwo zorientować się nie było. Zjechałem do Czerniawy i skierowałem się asfaltem w kierunku przejścia granicznego. Myślałem, że skoro już jest sporo singla po polskiej stronie, to powinny być jakieś znaki przy głównej drodze na Czechy. Ale dupa, no chyba że ślepy jestem. Trochę się wkurzyłem, a że pora obiadowa szybko się zbliżała i brzusio zaczął zagłuszać muzykę w słuchawkach, odbiłem w prawo, w kierunku Giebułtowa i asfaltem przez Wolimierz, Mirsk, Rębiszów wróciłem do domu.
Ślad GPS dzisiejszej jazdy
- DST 21.34km
- Teren 15.00km
- Czas 01:54
- VAVG 11.23km/h
- VMAX 57.73km/h
- Podjazdy 657m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Przedgórze Izerskie - Antoniów
Wtorek, 20 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 2
Dzisiaj postanowiłem sprawdzić, czy Izery i Przedgórze nadają się do jazdy, tj. czy śnieg już na tyle stopniał, że można się co nieco powspinać na wyżej położone górki.
Początek asfaltem. Na górze Małej Kamienicy widoczek na Izery (w oddali Kopalnia Stanisław) oraz na górę położoną nad Antoniowem, na którą właśnie się wybierałem. (po prawej stronie)
By elkaziorro at 2012-03-20
W tym miejscu skręciłem w prawo mimo, że nie było żadnej drogi. Przebijałem się przez łąki, zarośla, bagienka, aż w końcu dotarłem do lasu. Pojawiła się porządna droga i od razu zrobiło się przyjemniej :)
By elkaziorro at 2012-03-20
Tak wyglądają drogi w lasach izerskich, można powiedzieć, że niemal autostrady. ;) Jak ktoś chce bardziej poszaleć, zawsze może odbić w bok, w ślady wyrobione przez ciągniki ściągające z lasu ścięte drzewo. Dzisiaj miałem inny cel, więc odpuściłem, choć nie powiem, kusiło :)
Po drodze było wiele krzyżówek, naprawdę lasy Izerskie są fantastyczne do jazdy na rowerze górskim. Znam je od 30 lat a i tak co roku odnajduję jakieś nowe możliwości.
Po drodze zatrzymałem się na moment na foteczkę, co by nie było, że tylko same widoczki umieszczam ;)
By elkaziorro at 2012-03-20
Droga prowadziła oczywiście ciągle pod górę, z czasem pojawiało się coraz więcej śniegu. I tak jak się spodziewałem, na wysokości ok 800 m robiło się nieprzejezdnie. Może i ilość śniegu nie była powalająca, ale taki roztopiony jest najgorszy, nieprzejezdny nawet w niewielkich ilościach. Dodatkowo kałuże sięgające do piasty. 
By elkaziorro at 2012-03-20
Oczywiście musiałem je zaliczyć, całe szczęście, że tylko jedną nogą. Przy temp 5 st jazda z mokrą nogą nie należy do przyjemności, dlatego postanowiłem wracać. Wybrałem nieco inną trasę, tym razem przez Kwieciszowice. W zasadzie cały czas było w dół, szkoda tylko, że ze 2 km musiałem zrobić asfaltem.
Po dzisiejszym wypadzie wiem, że jeszcze co najmniej tydzień musi minąć, żeby wybierać się gdzieś w wyższe partie gór. Oczywiście nie mówię tu o Kopalni Stanisław czy Chatce Górzystów, bo tam to myślę, że w maju będzie można powoli próbować.
By elkaziorro at 2012-03-20
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Małe podsumowanie początku roku
Wtorek, 20 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 3
Mam zamiar systematycznie umieszczać tu swoje wypady, dlatego w tym wpisie podsumuję to, co zjeździłem w tym roku, żeby to jakoś ogarnąć. Główny kierunek do jezioro Pilchowice i okolice, bo tam dość szybko stopniał śnieg. Oczywiście Izery (Chromiec, Kopaniec, Górzyniec itp.) również nie raz zaliczone, bo nie można wiecznie po płaskim jeździć ;)
W sumie od początku roku zrobiłem ok 460 km (razem z tymi ostatnimi dwoma wpisami) Suma podjazdów 6841 m, wyjazdów w sumie 14.
- DST 33.16km
- Teren 20.00km
- Czas 02:55
- VAVG 11.37km/h
- VMAX 58.69km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 405m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Pod(Górzyniec)
Niedziela, 18 marca 2012 · dodano: 19.03.2012 | Komentarze 0
Mimo kalendarzowej zimy, za oknem wiosna pełną gębą, więc aż żal nie skorzystać. Po wczorajszym "kryzysie" pozostały jeszcze ślady (największe w brzusiu, bo wciąż byłem nienajedzony), niemniej nie potrafiłem odmówić Juniorowi i z lekkim niepokojem zasiadłem na siodełko. Plan był taki: maks 3 godzinki i raczej po lesie.
Początek po asfalcie, co nie oznacza, że było łatwo ;) Pierwszy "większy" podjazd i już się zastanawiałem, czy czasem nie wracać do domu. Pomyślałem jednak o biednym Marku, o tym, jak ciężko tyra za naszą zachodnią granicą projektując jakieś elektroniczne duperele dla tej firmy, co to na masce samochodu ma celownik i jak się cieszy, gdy tylko może wyskoczyć z kimś "nieniemieckojęzycznym" na rower. Zagryzłem zęby, zacisnąłem pośladki i rura! Na miejsce naszego spotkania dojechałem jak zwykle za wcześnie, a Marek jak zwykle się spóźnił. Tym razem miał jednak wytłumaczenie, bo po drodze złapał kapcia.
Chwila gadki i decyzja zapadła - jedziemy na Górzyniec, potem w las, a dalej to się zobaczy. Po drodze minęliśmy się ze sporą grupką szosowców, w wieku takim raczej emerytalnym. Zapraszali, żebyśmy się przyłączyli, ale nie z nami takie numery! Znamy takich "dziadków" na szosówkach, co to niby 65 lat na karku, siwe bródki i z daleka wyglądają jak pensjonariusze sanatorium Świeradów Zdrój. Człowiek naiwny się zgodzi na wspólną przejażdżkę, podjedzie bliżej i okazuje się, że dziadek ma łydkę jak Ullrich i że kiedyś to jeździł w peletonie, a teraz to tak już nie wiele, bo 13 000 km rocznie robi. Tym razem nie daliśmy się nabrać ;)
Gdy dojeżdżaliśmy do Górzynieckich lasów, zaczynałem odczuwać głód. Oczywiście niedziela, to sklepy na wiosce pozamykane, więc nawet na przysłowiowego batonika nie było szans. Jechaliśmy dalej, wyjścia nie było, a ja modliłem się tylko, żeby nie powtórzyła się wczorajsza historia... Wjechaliśmy w las, głównym traktem wiodącym na Rozdroże Izerskie spacerowało sporo ludków, wśród nich "ten" Grabek. Zjechał nas wzrokiem z góry na dół i już nie mamy teraz wyjścia, musimy pojawić się u niego na maratonach, bo pewnie nas zapamiętał, a nie wypada mu podpadać. ;)
Im głębiej w las, tym mój głód był coraz większy. Trasa prowadziła ciągle pod górę i po kamieniach, więc resztki śniadania już dawno poszły w niepamięć. Był co prawda jeden plus tej mojej niemocy - Marek już za mną nadążał ;) Pamiętam, jak byliśmy równorzędnymi przeciwnikami, ale to było jakieś 30 kg temu mniej, Marka 30 kg... Ale Junior ciężko pracuje nad sobą (tak mówi), więc jest ok ;)
A wracając do wyjazdu, wspięliśmy się na górę, tj. na Kozią Szyję, czy jakoś tak, nad Kopaniec w każdym bądź razie. O ile na dole było ciepło, tak pewnie ze 20 st, to na górze, mimo słońca, temp była tak w okolicach 5 st. A my krótkie spodenki i cienkie, letnie bluzy... Wypizgało nas stamtąd szybko, tym bardziej że droga prowadziła asfaltem w dół. Na krzyżówce w Kopańcu każdy skręcił w swoją stronę. Marek miał pewnie przed oczami podjazd, który go jeszcze czekał na trasie, ja, z racji, że do domu było w dół, przed oczami miałem obiad...
A w domu czekał pyszny makaronik ze szpinakiem ;)
By elkaziorro at 2012-03-19
By elkaziorro at 2012-03-19
- DST 116.00km
- Podjazdy 1012m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Grodziec i pierwsza setka tego roku
Sobota, 17 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 4
Piękną mamy wiosnę tej zimy - pomyślałem tuż po przebudzeniu, gdy o godzinie 8 rano na termometrze było 8 stopni i bezchmurne niebo. Zapowiada się świetna sobota z pogodą idealną na pierwszą tegoroczną setkę. Cel - Zamek Grodziec. A czemu tam? Raz, że w moich kochanych górach to tak jeszcze średnio jest gdzie tą setkę zrobić, bo jeszcze śniegu kupę leży, a poza tym legnicka ekipa z fr.org również za cel obrała zamek, więc pomyślałem, że fajnie będzie się z nimi spotkać.
Wyruszyłem ok 9:30. Ze wstępnie zaplanowanej trasy wychodziło mi, że na Grodziec będzie ok 55 km, czyli że spokojnie 2 godzinki na dojazd wystarczą. Trasę wybrałem chyba optymalną, przez Wleń i oczywiście Bystrzycę, gdzie nie raz zdarzało się "umierać" na podjeździe. Tym razem jednak wszystko szło, a raczej jechało, z łatwością. Bystrzyca zrobiona na luzie, aż byłem zdziwiony, że w marcu mam taką kondycję. :) Zjechałem do Proboszczowa, po lewej zostawiając wulkan Ostrzyca i dojechałem do Pielgrzymki. Nie wiem jaka cholera mnie podkusiła, wszak nie pierwszy raz na zamek jechałem, ale zamiast jechać dalej prosto do końca wioski, skręciłem w lewo. Po jakiś 5 km skapnąłem się, że na Grodziec to raczej nie tędy droga. Dla upewnienia się postanowiłem zapytać starszego pana,który akurat przechodził przez drogę. Dość szybko przekonałem się, że Polacy może i są życzliwi, ale na pewno nie bezinteresowni. :) Owy jegomość był bardzo chętny wskazać mi drogę, jednak najpierw ja musiałem go poratować w nagłej potrzebie ugaszenia pragnienia. Wody w bidonie miałem niewiele, ale pomyślałem, że słońce faktycznie może dawać się we znaki, więc się podzielę. Dziadkowi nie o takie picie jednak chodziło. Wsadził mi w dłoń 10 zł, reklamówkę i powiedział, że tam, kawałek dalej, może ze 2 km, jest sklep. Mam pojechać i kupić mu nalewkę żołądkową gorzką i dwa piwa piastowskie, bo ta cholerna stara go pilnuje i biedny do sklepu iść nie może... Głupio mi było się wycofać, więc pojechałem.
Wchodzę do sklepu, z daleka już widać, że ze mnie "kolarz", podchodzę do lady i proszę o te cholerne piwa i nalewkę. A pani ekspedientka szok! Przyniosła butelki i podając mi je, z niepewnością w głosie zapytała: A pan to będzie teraz pił, bo nie wiem, czy za butelki kaucję liczyć?? Powiedziałem, że nie, że to nie dla mnie, ale dla mieszkańca jej miejscowości i niby zaczęła się śmiać, ale jak wsiadałem na rower, to chyba dla pewności wyszła ze sklepu i sprawdzała, czy czasem 20 m dalej nie obalam tej nalewki ;)
Zawiozłem trunki dziadkowi, już z daleka dawał mi jakieś znaki. Zrozumiałem, że mam te butelki zostawić w rowie, tak żeby "stara" przez okno nie widziała, że mu coś kupiłem. Dziadek oczywiście wywiązał się z obietnicy, ale dowiedziałem się dokładnie to, co sam wcześniej zauważyłem, czyli że niepotrzebnie w Pielgrzymce skręciłem w lewo.
Wróciłem na dobrą trasę i trochę przycisnąłem, bo czas uciekał, kilometry niepotrzebne robiłem, a Legnica już może sobie na zamku siedzi. Na zamek dojechałem dość szybko, nikogo jeszcze nie było. Rozsiadłem się i zacząłem czekać... Mniej więcej po 30 min zacząłem się nieco nudzić, postanowiłem więc zwiedzić zamek. Rower pilnowała mi uprzejma pani kustosz, a ja łaziłem po raz kolejny po tarasach widokowych, komnatach, lochach. Gdy wróciłem na dziedziniec, Legnicy dalej nie było. Przyjechali mniej więcej po godzinie. Połowa zjechała na dół, zanim zdążyłem podjechać i się przywitać. Z pozostałymi posiedzieliśmy sobie na dziedzińcu sącząc pyszne zimne piwko i gadając o duperelach. Fajnie było spotkać "starą" ekipę, choć część z obecnych była dla mnie nowa. No i miło było spotkać Kulsa, który w zeszłym roku będąc na "gościnnych występach" w Legnicy towarzyszył mi w wypadzie właśnie na Grodziec.
Wracałem dokładnie tą samą trasą, którą przyjechałem. Od Wlenia zaczął się długi, monotonny podjazd i powoli zaczynałem się dziwnie czuć. Myślałem, że może to przez to piwko, ale zazwyczaj taka niemoc dość szybko mi przechodziła. Tym razem z czasem czułem się coraz gorzej, prędkość spadała, kadencja również, zaczęły mnie przechodzić dreszcze. W pewnym momencie złapałem się na tym, że nie bardzo wiedziałem co się ze mną dzieje. Kręciło mi się w głowie i nie bardzo czułem, że jadę na rowerze. A do domu było jeszcze 12 km. Zsiadłem z roweru, pomyślałem, że jak chwilę pobędę " w pionie", to mi przejdzie. Nic się jednak nie zmieniło, dalej czułem się jak po obaleniu 0,7 wódki. A skoro nie było różnicy, to znów wsiadłem na rower i tak na wpół przytomny dotoczyłem się do domu.
A teraz powód mojej męczarni - zdecydowanie za mało jedzenia w ciągu dnia. Co prawda śniadanie było konkretne, ale już w trasie tylko 3 bułki i jakiś baton. Organizm po zimie jeszcze się nie przestawił i w zasadzie przez cały wyjazd czułem głód, który z czasem się pogłębiał. Po powrocie do domu nie mogłem się najeść, jakby mnie przez miesiąc głodzili ;)
W zeszłe wakacje poczułem co to znaczy odwodnić organizm (pozdrawiam serdecznie Asię ;) ), teraz wiem, jak to jest jechać na totalnym głodzie. Tak że panie i panowie - odpowiednie żywienie i picie w czasie jazdy to podstawa, bo nawet największego twardziela dopadnie kryzys, gdy organizm nie będzie miał z czego produkować energii. Mam nadzieję, że wyciągnę z tego wnioski, choć znając mnie, to różnie z tym może być... ;)
- DST 28.85km
- Czas 01:35
- VAVG 18.22km/h
- Podjazdy 369m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Pilchowice
Czwartek, 15 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 0
- DST 25.31km
- Czas 02:22
- VAVG 10.69km/h
- Podjazdy 547m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Pilchowice
Niedziela, 11 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 0

