Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi elkaziorro z miasteczka Legnica (+ Jelenia G/ Stara K). Mam przejechane 5367.88 kilometrów w tym 1539.48 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.63 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 71481 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy elkaziorro.bikestats.pl
  • DST 61.17km
  • Teren 6.00km
  • Czas 03:35
  • VAVG 17.07km/h
  • Podjazdy 913m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Piątek 13-go

Czwartek, 18 kwietnia 2013 · dodano: 18.04.2013 | Komentarze 8

Wiem wiem, że dzisiaj czwartek, w dodatku 18-ty, ale pech, jaki mnie dzisiaj prześladował, był zdecydowanie z tych trzynastopiątkowych.

A zaczęło się z samego rana, gdy ledwo co po przebudzeniu poczułem, że prawa ręka to jakoś tak nie bardzo na zdrową wygląda. Cholerny ból, drętwienie i napuchnięte palce. Sylwestrowy wypadek nie daje o sobie zapomnieć... Z racji, że umówiłem się na dzisiaj z Markiem, musiałem tą rękę jakoś doprowadzić do porządku. Maść na skórę, przeciwbólowe do pyska i mocna kawa. Po godzinie przeszło, no może nie do końca, ale na tyle, że przestałem o ręce myśleć.
Zjadłem co nieco, dziabnąłem drugą kawę i w trasę. Na pierwszym mocniejszym podjeździe, który chciałem zrobić na sztywno, wyszło, że środkowa zębatka w korbie nadaje się do wyrzucenia. Wiedziałem, że jak zmieniać napęd, to cały, ale miałem nadzieję, że może jeszcze trochę na tej korbie pociągnę. Niestety nadzieja matką głupich. No nic, został mi blat (niedawno wymieniony) i młynek, który sporadycznie używam i który wygląda jak nówka. Jakoś dzisiaj dam radę.
Przez Wojcieszyce śmignąłem do Cieplic, do Marka. Stamtąd przez Staniszów, Czarne i Jelenią jechaliśmy w kierunku Szybowcówki, bo plan był taki, żeby zrobić pętlę maratonu KPR Stoor, a ona właśnie z Szybowcowej się zaczynała. Po drodze krótki postój w KFC i dalej, przez Jeżów, wspinaczka na górę. Tuż przed szczytem trasa odbijała na polną drogę, prowadzącą w dół, w kierunku Płoszczyny. Nareszcie mogłem w pełni sprawdzić, na co stać SIDa i przyznam, że gęba cieszyła mi się niesamowicie. Celowo wybierałem kamienie, dziury, korzenie, żeby tylko amorek miał jak najwięcej pracy. Śmigałem po tych kamieniach jak kozica, gdy już niemal na samym dole, przed wioską, usłyszałem dziwny dźwięk. Zatrzymałem się i sprawdziłem koła, czy czasem nie złapałem kapcia, bo dźwięk z takich syczących raczej był. Wszystko w porządku. Wsiadam z powrotem, próbuję ruszyć, a rower stoi w miejscu. Zerkam w dół, a tam kur... nie ma łańcucha! Oglądam się za siebie i widzę, że leży, wyciągnięty jak rozjechana żmija. Podchodzę, patrzę, no ładnie, rozpiął się na spince. I spinki oczywiście nie ma. Po chwili dojechał do mnie Marek, próbowaliśmy jej jeszcze poszukać, ale cholera wie, kiedy on się w sumie rozpiął. Patrzę na zegarek - jest 17. Sklep w Blaszaku do 18-tej. Damy radę, tzn, Marek da radę. Wskoczył na rower i gazem poleciał w kierunku miasta, po spinkę dla mnie. A ja, z rowerem w jednej ręce i łańcuchem w drugiej, dymam pod górę, z której jeszcze przed chwilą tak mi się cudownie zjeżdżało. Wspiąłem się na sam szczyt Szybowcówy, czyli jakieś 3 km po łące, bo sobie drogę skróciłem. Już w połowie wspinaczki prawy but zrobił mi masakrę z pięty i gdyby nie to, że po błocie lazłem, to bym na boso leciał. Ze szczytu poleciałem w linii prostej w stronę Zabobrza i gdy już dojechałem (a raczej dotoczyłem się) do osiedla, dojechał Marek. Minuta i rower zrobiony. Ale chęci ani czasu na dalszą trasę to ja już nie miałem. Pojechaliśmy jeszcze kawałek razem przez miasto, potem ja odbiłem na Perłę Zachodu, a Marek na Cieplice. Dalej przez Zaporę Wrzeszczyn i Barcinek i doczłapałem się do domu. Po drodze do bolącej ręki i obtartej pięty dołączył ból lewej strony klatki (również pamiątka po Sylwestrze) i ból prawego kolana. Bo przecież ręka to za mało...

Po dzisiejszym wyjeździe jestem taki zajechany, że jutro na pewno nigdzie się nie wybieram. Zresztą i tak ma padać. A teraz, żeby jakoś odreagować, znieczulam się bursztynowym płynem i to chyba jedyna pozytywna rzecz z dzisiejszego dnia.




Bobrowe Skały/ Jelenia.

Wtorek, 16 kwietnia 2013 · dodano: 16.04.2013 | Komentarze 0

Dwa w jednym. Wczoraj wyjazd w teren, na Bobrowe Skały, który zakończył się szybciej, niż polska drużyna kopana wpuszcza gole. Terenu było zaledwie z 300 m, bo przy pierwszym mocniejszym podjeździe łańcuch zrobił khrr, co ewidentnie wskazało na zajechaną kasetę. Przejechałem jeszcze trochę asfaltu i po 16 km wróciłem do domu.

Dzisiaj - 39 km po asfalcie, czyli trasa sklep-sklep-sklep-sklep-sklep. Tak jak się spodziewałem, na Poznańskiej ceny z kosmosu, na Kopernika jak zwykle czekają na dostawę, Mostowa podobnie, w Blaszaku był tylko SLX. Ostatnia nadzieja w dirtowy.pl na Wolności. Był XT, cena była ok, był nawet upust i dołożona karta na -15% na rowery Scott (może ktoś chce skorzystać). Było cacy, czyli tak, jak w porządnym sklepie rowerowym być powinno.

Po powrocie do domu szybka wymiana kasety i tu niespodzianka - stara była jakimś składakiem, bo ani to Shimano ani Sram, tzn po trochę z tego i z tego. Ale 11 tys. przejechała, więc nie narzekam. A po wymianie na XT zbiłem z roweru aż 72 gramy ;)




  • DST 76.70km
  • Teren 3.00km
  • Czas 06:36
  • VAVG 11.62km/h
  • Podjazdy 1110m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pierwszy wiosenny.

Poniedziałek, 15 kwietnia 2013 · dodano: 15.04.2013 | Komentarze 0

Po zaledwie pięciu miesiącach zimy nastała ona. Niespodziewanie, bo kto o zdrowych zmysłach spodziewałby się, że w połowie kwietnia nie będzie śniegu, będzie słońce i temperatura 15 st.? Eh, te anomalia pogodowe. I jak to teraz wszystko ogarnąć... No ale nic to, nie ma co się zrażać, trzeba brać to, co jest.
Pogrzebałem głęboko w szafie i udało mi się odnaleźć niezimową odzież, rzec można, sportową. Taka jakaś ona nieodświeżona, nieprzygotowana do sezonu. No ale kto by się spodziewał, że ona przyjdzie tak wcześnie... Najgorzej było ze skarpetkami - za nic w świecie nie mogłem znaleźć tych "rowerowych", a przecież z wełny merino zakładał nie będę. Chociaż kto tam wie, pewnie sypnie śniegiem w czasie przejażdżki. Przecież to jeszcze nie pora...

Przyznam, że nie łatwo było się zebrać na ten rower. Człowiek niemal odruchowo chciał zakładać długą termoaktywkę, szykować termos itp. A to podobno już nie trzeba. Ale ja tam swoje wiedziałem i do plecaka spakowałem windstoppera - tak w razie co.

Umówiłem się z Markiem i Wojtkiem w Wojcieszycach. Wstępny plan był taki, że uderzymy na Harrachov, czyli oczywisty cel w zimie. Ale ale, kurde, przecież my nie jedziemy na biegóweczki! Znów te przyzwyczajenia... Obróciliśmy rowery o 180 stopni i ruszyliśmy. Cieplice, Podgórzyn, Sosnówka, Miłków. W Mysłakowicach postój na Orlenie, bo zachciało mi się parówki w bułce. Kawałek dalej kolejny postój, tym razem przed biedronką, bo jakiś prowiant trzeba zakupić w razie, gdyby jednak zastała nas śnieżyca. Później Kostrzyca, Bukowiec. Cały czas asfalt - ileż można. Więc skręciliśmy w pole. W błoto. W to, co kochamy najbardziej. Tam zacząłem czuć, że to o czym mówili w tv to jednak prawda, że może ona faktycznie już do nas zawitała.
W drodze między Bukowcem a Gruszkowem przyatakował nas potwór. Porywał wszystko, co miał w zasięgu pyska, a najbardziej przypasowała mu skórka od banana, którego spożyłem. A to wszystko wina Wojtka, bo postanowił się legnąć na łące i zażyć kąpieli słonecznej. W zimie...
W Gruszkowie trafił się pierwszy poważny podjazd. Wojtek odpadł - tak jak się można było spodziewać. A Marek nie, co dla mnie już było niespodzianką. Przecież zawsze odpadał. Ale pomyślałem sobie, że zima, że to jeszcze nie ta pora, więc jakoś się tym mocno nie przejąłem. Na szczycie przełęczy miałem może ze dwie minuty przewagi, a to tyle, co nic. Zignorowałem całą sytuację.
Później zjazd do Karpnik i kolejny podjazd. Tym razem krótszy. No i Marek znów siedzi na kole. Cholera. Coś tu nie gra. Przed szczytem szybki finisz, jak to mamy w zwyczaju i wygrałem, ale znów przewaga była minimalna. I się zmęczyłem.
Na parkingu w okolicy Schroniska Szwajcarka poczekaliśmy na Wojtka. Znów. Czyli u niego bez zmian. Ale ten Marek, nie dawał mi spokoju.
Z parkingu w dół, do Trzcińska, wzdłuż Bobru, chwilowy postój przy pałacu i dalej, przez Wojanów do Jeleniej. Na ratuszu postój, bo banany się skończyły. Zasiedliśmy w Kurnej Chacie, a tam oczywiście smażone ziemniaczki i piwko. Po godzince do domu, ja przez Perłę Zachodu i Wrzeszczyn, chłopaki przez miasto.

Po przyjeździe do domu wrażenie, które towarzyszyło mi mniej więcej od połowy trasy, przeszło w pewność. Bo jak można mieć wątpliwości, gdy zjarało się nos? Tak że nie ma innej opcji - mamy wiosnę! Tylko dziwne, że tak wcześnie... ;)



A nad Markiem to jeszcze muszę się zastanowić...

Kilka fotek














  • DST 52.30km
  • Czas 03:02
  • VAVG 17.24km/h
  • Kalorie 1855kcal
  • Podjazdy 805m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Se pojechałem

Środa, 6 marca 2013 · dodano: 17.03.2013 | Komentarze 1

Rano załatwiłem to, co miałem załatwić na mieście, a że wolne w robocie wziąłem, to nie było innej opcji - na rower. Temperatura ok 8 st, więc zacnie, słoneczko i takie tam. Czysta przyjemność. Kręciłem się w sumie bez celu i wyszło 52 km. Ale żeby nie było, że się obijałem, to na koniec zaliczyłem Piastów, co widać na wykresie poniżej (taki pik pod koniec trasy).


Miło było. Chcę już wiosnę.




  • DST 16.63km
  • Czas 01:06
  • VAVG 15.12km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Kalorie 676kcal
  • Podjazdy 173m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

I gdzie jest ta wiosna?!?!

Niedziela, 3 marca 2013 · dodano: 03.03.2013 | Komentarze 1

Ja się pytam?! W centralnej Polsce to o śniegu już nie pamiętają, słońce świeci, suche drogi, no wiosna jak się patrzy. A tu? Pizga, mokro, ponuro - jak człowiek ma się niby nie denerwować.
Szczerze powiedziawszy to jadąc wczoraj przez pół Polski i widząc to słoneczko, strasznie napaliłem się na dzisiejszy dzień. Myślałem sobie, że jakieś 70 km sobie pyknę, odreaguję, odstresuję się, a tu dupa nie pogoda. Ale że z rana nerwa miałem jeszcze większego niż wczoraj wieczorem, musiałem się jakoś wyżyć i wsiadłem na rower nie mając kompletnie planu gdzie jechać.
Muzyka w uszach i dawaj przed siebie. Pod wiatr, ale co tam, czułem, że powoli wszystko mnie puszcza, że zaraz będę bliski tego błogiego uczucia, gdy w głowie nie ma kompletnie nic, poza jazdą. Było blisko... Ale nieeee, ale nieee! Bo tak mocno myślałem o tym, żeby nie myśleć, że zapomniałem kompletnie, że na drodze mogą być też inni użytkownicy. No i wpadłem na gościa w srebrnym volvo. Przyznaję, moja wina, wymusiłem pierwszeństwo, bo kompletnie go nie zauważyłem. W ostatniej chwili udało mi się skręcić ostro w prawo i ominąć samochód. Oczywiście gościu się natrąbił, namachał łapami, popukał w głowę i pojechał dalej. A mogło być znacznie gorzej, bo nie zauważył, że omijając go, odepchnąłem się nogą od jego auta i lekko wgniotłem mu lewe tylne nadkole. No cóż... Rejestrację miał ZS, więc nie tutejszy, dlatego raczej nie będzie na mnie codziennie polował na drodze.

Tak więc widać, że wnerwiony człowiek, na drodze, jest podobnym zagrożeniem, jak człowiek pijany. A jak jedno z drugim się połączy, a często tak bywa, że złość się zalewa alkoholem, taki osobnik to większe zagrożenie, niż stado nosorożców biegnących jendokierunkową pod prąd.




  • DST 21.61km
  • Teren 9.00km
  • Czas 01:45
  • VAVG 12.35km/h
  • Podjazdy 442m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lon­dyn jest pełen mgły...

Niedziela, 17 lutego 2013 · dodano: 24.02.2013 | Komentarze 0

... i po­ważnych ludzi. Czy mgła wyt­warza po­ważnych ludzi, czy też oni mgłę, nie wiem, ale wszys­tko to ra­zem działa mi na nerwy. - taki to mi się cytacik przypomniał, choć ani ja po Londynie nie jeździłem, ani poważnych ludzi nie spotkałem. Ale mgła była i to nie mała. I śnieg, mnóstwo śniegu.

Wypad był krótki i tak na prawdę to dziwię się sobie, że chciało mi się w ogóle wsiadać na rower przy takiej pogodzie, w niedzielę w dodatku. Co prawda mróz był niewielki, jakieś -3, ale wilgotność powietrza taka, że można było zbierać wodę do bidonu w czasie jazdy, zagarniając powietrze. I wiatr. Całość powodowała, że temperatura odczuwalna była, jak na moje oko, tak z -50 ;) Ale świeżo kupiony białasek skutecznie przyćmiewał wszelkie przeciwności pogody i dałem się mu namówić na kolejny testowy wypad.
Tylko jak tu przetestować amorka, gdy dookoła masa śniegu i wszelkie nierówności skryte pod puchem. Z pomocą przyszli mi drogowcy, którzy (o dziwo) nie zostali zaskoczeni przez opady i na tyle się postarali, że odgarnęli wszystko, co leżało na asfalcie, dzięki czemu na wierzch powychodziły dziury. Na odzinku 10 km zaliczyłem chyba każdą ;) Bo jak się nie ma, co się lubi... ;) Amor pracował ładnie, jednak dopiero jak pogoda zrobi się normalna, będę mógł w pełni ocenić jego potencjał.
Po dziurawym asfalcie zaczęły się leśne drogi, część w miarę przejezdna (dzięki ścince drzewa), część od początku zimy nie odwiedzona przez nikogo. Tam rower albo prowadziłem, albo niosłem, bo o jeździe można było zapomnieć. Wiatr, przez to, że wjechałem do lasu, ustał, za to mgła nasiliła się na tyle, że momentami miałem wątpliwość, czy 50 m przede mną to jest droga, czy tylko mi się wydaje.
Po lesie zrobiłem jakieś 7 km i było naprawdę świetnie. Zero ludzi, czasem jakieś białodupce (sarny) przebiegały mi drogę, drzewa pooblepiane śniegiem. Miło.
Po dotarciu na szczyt Kopańca dotarłem z powrotem do asfaltu i zacząłem zjeżdżać w stronę domu, bo letni buty rowerowe niezbyt nadają się do łażenia po pas w śniegu. Zmarzłem w stopy jak cholera, a jak nie czuje się palców, to przyjemność z jazdy robi się średnia.
Zjeżdżając z Kopańca minąłem wyciąg orczykowy(!) o którym nie miałem pojęcia, a znam te tereny od 30 lat. Ponieważ nachylenie było naprawdę strome, nie trudno było rozpędzić rower do 30 km/h, co przy panujących warunkach wiązało się z lodem na okularach, brwiach, powiekach, nosie, brodzie, ubraniach, ramie itp. Tak oblepiony dojechałem do domu, mijając po drodze ludzi, którzy patrzyli na mnie chyba z politowaniem. A może to był podziw. Przez lód na okularach ciężko było rozpoznać ;)
Generalnie wypad był ciekawy, ale drugi raz w takich warunkach raczej nie będę jeździł. Bo rower rowerem, ale odrobina rozsądku nie zaszkodzi ;)

Zamieszczam dwie fotki z wyjazdu, bo co prawda było ich więcej, jednak następnego dnia w robocie zgubiłem tel i tylko tyle zrzuciłem wcześniej na kompa. Miał być nowy napęd, a trzeba znów kupować telefon...








  • DST 17.00km
  • Teren 11.00km
  • Czas 01:19
  • VAVG 12.91km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Trzy literki, a tyle radości!

Sobota, 16 lutego 2013 · dodano: 16.02.2013 | Komentarze 1

Wróciłem!

Kurde, mamy już połowę lutego, a ja mam przejechane coś ok 30 km, więc nie najlepiej to wygląda. Ale... Jak zwykle jest na to jakieś racjonalne wytłumaczenie, bo przecież nie napiszę, że po prostu mi się nie chciało na rower wsiadać. Tak więc wszystko przez tego hucznego sylwestra... Tej wersji będę się trzymał. :)

No ale wróćmy do dzisiejszego wypadu, bo nie był on taki całkowicie przypadkowy. Tak jak widać w tytule, tematem przewodnim były trzy literki... Jakie? A to zależy jak je poukładać, bo:

kombinacja nr 1 - OF3, czyli nowe, długie gacie na rower, które dzisiaj przetestowałem. Bez windstoppera, lekko ocieplane, w sam raz na takie temperatury jak dziś. Spisały się całkiem całkiem, dupa nie zmarzła, jajka też. Zobaczymy, jak to z nimi będzie dalej.

kombinacja nr 2 - SLX, a konkretnie przedni hamulec. Stary powoli przestawał wydalać, a skoro nie potrafił zatrzymać takiego ciężaru, jak ja, to już naprawdę przyszła pora na jego zmianę. Miał być XT, ale po co przepłacać.
SLX spisał się dzisiaj ok, robił to co chciałem i kiedy chciałem, więc czego chcieć więcej?

kombinacja nr 3 - ta najważniejsza, ta, przez którą mordka mi się cieszy i która wydoiła moje konto niemal do zera - SID :)
Tak jak pisałem w podsumowaniu poprzedniego sezonu, lubię zaczynać nowy od jakiegoś gadżetu no i tym razem padło na RS SID Race. Długo się zastanawiałem, czy oby na pewno ten, czy może nie lepszy będzie Fox, a może w ogóle dać sobie spokój z wymianą, skoro Epicon jeszcze działa. Tą ostatnią opcję rozważałem przez jakieś 3 sekundy, bo jak się człowiek napali, to nie ma, że nie ;)
I tak to właśnie jest, że najpierw człowiek zarzeka się ze wszystkich sił, że roweru od G to sobie nigdy nie kupi, a tym bardziej białego amorka, bo to przecież szpan i takie tam, a jak przychodzi co do czego, to jeździ Giantem z białym amorem. I cóż zrobić, takie czasy. ;)

Wracając do sedna, to zanim ja ten dual air ustawię pod siebie, miną zapewne wieki, ale już dzisiejsza przejażdżka z ciśnieniem ustawionym "na oko" pokazała, skąd bierze się różnica w cenie między Epiconem a Sidem. Tak że po kilkunastu km już wiem, że nie żałuję ani jednej złotówki.

I fotki, żeby nie było ;)


z lewej fotka nie ostra, ale mi się obiektyw w tel. przybrudził




Może i jestem jeleniem, że kupiłem SID'a, ale radochy nikt mi nie odbierze ;)


Wydawało mi się, że kiedyś tu była droga. Ale tylko mi się wydawało...




Pora podsumowań...

Poniedziałek, 1 października 2012 · dodano: 01.10.2012 | Komentarze 2

Wiem, że dopiero październik i jeszcze sporo kilometrów można (teoretycznie) wykręcić, jednak patrząc na to, jak ostatnio uciekają mi dni, mało prawdopodobne jest, abym zaliczył do końca roku jakieś spektakularne wypady. Wiadomo, coś się tam będzie na rowerku śmigać, jakiś Singielek, okolice itp. Ale to już nie będą wycieczki warte uwieczniania na blogu. Tak więc myślę, że można coś tam próbować podsumować ten mijający sezon...

Kilometrów przejechanych będzie ok 5 tys, dokładnie ciężko powiedzieć, bo nie wszystko umieszczałem na bikestats, zdarzały się też wyjazdy bez licznika i gps. Tak więc zakładam, że ok 5 tys mogłem zrobić. Ani to dużo, ani mało. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że można było zrobić więcej, z drugiej strony zdecydowanie większą część przejechałem sam, a wiadomo, że w towarzystwie raźniej i przyjemniej. Tak więc w sumie jest ok.

Rowerek spisywał się znakomicie, nie licząc kilku kapci i temu podobnych drobnostek. Nie było żadnej poważnej awarii, nawet po maratonach wymagał tylko odrobiny regulacji. Napęd ma już przejechane ok 8 tys (!) i chyba tylko raz, wczoraj, coś mi tam przeskoczyło. Jednak XT to XT. Rama poryzana, ale gdzieś Giant musiał na wadze zaoszczędzić. Nie wygląda źle ;) Koła całe, na siodełku autograf dalej widoczny, kierownica nie połamana. Spokojnie na takim zestawie mógłbym wejść w nowy sezon, ale...

Jakoś tak już od lat nowy sezon zaczynam zakupem czegoś nowego. Tym razem zapewne padnie na wymianę amorka. Co prawda Epicon dalej działa, całkiem dobrze i można by w sumie dalej go ujeżdżać, ale przyszła pora na coś nowego. Cóż to będzie? Jeszcze nie wiem, zobaczymy na co będą promocje ;) Może Fox, może RS, a może zupełnie coś innego... Tak czy siak Epicon pójdzie do Aś, bo aż żal patrzeć na tego jej XCM'a.

Myślę też o zmianie ramy, wszak XTC ma już 1,5 roku... Wiem, na co chcę zmienić i nie będzie to Lapierre, jak co poniektórzy zapewne sądzą ;) Tym razem wesprę rodzimą produkcję... Będzie to Kross... Taki żarcik ;) Nie wiem, czy w następnym roku uda mi się zrealizować plan, więc nie będę podawał więcej szczegółów, choć chyba każdy wie, że w Polsce liczy się tylko jedna marka... ;)

Jeszcze przed zimą należy kupić jakiegoś Tacx'a, to na pewno. Zima musi być przepracowana solidnie, skoro myślę poważnie o generalce na Giga u Golonki. No chyba że padnie na Grabka, ale to już się zobaczy w przyszłym roku.

Cóż jeszcze... Na pewno Alpy, bez dwóch zdań, no i może Szkocja.

Reszta myślę, że wyjdzie w praniu.

Tak że kasę już zaczynam odkładać i mam nadzieję, że (w końcu) zacznę realizować swoje plany, a nie tylko pisać o nich ;) Bo jak nie teraz, to kur... kiedy?! ;)

No.




  • DST 165.00km
  • Czas 06:53
  • VAVG 23.97km/h
  • Kalorie 1785kcal
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Stara K - Legnica - Stara K

Środa, 22 sierpnia 2012 · dodano: 23.08.2012 | Komentarze 0

Wypad do Legnicy, miałem oddawać licznik na gwarancję, ale w między czasie okazało się, że awaria ustąpiła.
Odcinek Stara K - Legnica w rekordowym czasie - 2h.30min.
W mieście odwiedziłem starych znajomych i po raz kolejny muszę przyznać, że legnickie dziewczęta mają coś w sobie ;)
Powrót miał być o 16:30, ale Wiktor zaflaczył tuż przed jazdą, więc zanim wymienił dętkę, napompował itp. była już 17:15. A ja bez lampek...
Do Krotoszyc jechałem z Wiktorem, później już sam. W Złotoryi skręciłem na Lwówek - w sumie tyle samo km co przez Jelenią, ale z Lwówka przez kilka km jest fajna ścieżka rowerowa, więc nie trzeba było się męczyć z samochodami.
Na 140 km poczułem zmęczenie i zacząłem myśleć o frytkach. Gdy przejeżdżałem obok piekarni i poczułem zapach świeżego chlebka, postanowiłem zostać tam na noc. Po chwili poczułem jednak zapach obornika, co szybko mnie ocuciło. ;)
5 km dalej skończyła się ścieżka rowerowa i trzeba było wyjechać na drogą. A tu ciemno jak w d... Ostatni odcinek to była masakra, droga przez las, samochody z przodu i z tyłu, a ja kompletnie niewidoczny. No może z tyłu jakieś tam odblaski w butach były, ale przód czarny jak smoła. No i na słuch jechałem, bo niestety nie bardzo widziałem, gdzie kończy się asfalt a zaczyna pobocze. No ale dojechałem cało i całe szczęście, że bez asysty policji.
Trzeba koniecznie zaopatrzyć się w sprzęt świecący!




  • DST 30.00km
  • Teren 24.00km
  • Czas 03:00
  • VAVG 10.00km/h
  • Podjazdy 824m
  • Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uaaa, kapcie dwa...

Wtorek, 21 sierpnia 2012 · dodano: 23.08.2012 | Komentarze 1

Spokojne (nawet bardzo) kręcenie po izerskich lasach. Ostatnie 7 km piechotą, bo na zjeździe kapeć się przypałętał, a zapas okazał się dziurawy jak durszlak... Ale po drodze za to znalazłem telefon, więc bilans nie jest taki zły. ;)