Info
Suma podjazdów to 71481 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Maj6 - 2
- 2013, Kwiecień7 - 10
- 2013, Marzec2 - 2
- 2013, Luty2 - 1
- 2012, Październik1 - 2
- 2012, Sierpień10 - 3
- 2012, Lipiec14 - 2
- 2012, Czerwiec12 - 4
- 2012, Maj13 - 3
- 2012, Kwiecień12 - 12
- 2012, Marzec16 - 16
- 2012, Luty4 - 0
- 2012, Styczeń2 - 0
- 2011, Kwiecień2 - 4
- 2011, Luty1 - 0
- 2010, Czerwiec2 - 0
- 2010, Maj3 - 0
- DST 21.61km
- Teren 9.00km
- Czas 01:45
- VAVG 12.35km/h
- Podjazdy 442m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Londyn jest pełen mgły...
Niedziela, 17 lutego 2013 · dodano: 24.02.2013 | Komentarze 0
... i poważnych ludzi. Czy mgła wytwarza poważnych ludzi, czy też oni mgłę, nie wiem, ale wszystko to razem działa mi na nerwy. - taki to mi się cytacik przypomniał, choć ani ja po Londynie nie jeździłem, ani poważnych ludzi nie spotkałem. Ale mgła była i to nie mała. I śnieg, mnóstwo śniegu.
Wypad był krótki i tak na prawdę to dziwię się sobie, że chciało mi się w ogóle wsiadać na rower przy takiej pogodzie, w niedzielę w dodatku. Co prawda mróz był niewielki, jakieś -3, ale wilgotność powietrza taka, że można było zbierać wodę do bidonu w czasie jazdy, zagarniając powietrze. I wiatr. Całość powodowała, że temperatura odczuwalna była, jak na moje oko, tak z -50 ;) Ale świeżo kupiony białasek skutecznie przyćmiewał wszelkie przeciwności pogody i dałem się mu namówić na kolejny testowy wypad.
Tylko jak tu przetestować amorka, gdy dookoła masa śniegu i wszelkie nierówności skryte pod puchem. Z pomocą przyszli mi drogowcy, którzy (o dziwo) nie zostali zaskoczeni przez opady i na tyle się postarali, że odgarnęli wszystko, co leżało na asfalcie, dzięki czemu na wierzch powychodziły dziury. Na odzinku 10 km zaliczyłem chyba każdą ;) Bo jak się nie ma, co się lubi... ;) Amor pracował ładnie, jednak dopiero jak pogoda zrobi się normalna, będę mógł w pełni ocenić jego potencjał.
Po dziurawym asfalcie zaczęły się leśne drogi, część w miarę przejezdna (dzięki ścince drzewa), część od początku zimy nie odwiedzona przez nikogo. Tam rower albo prowadziłem, albo niosłem, bo o jeździe można było zapomnieć. Wiatr, przez to, że wjechałem do lasu, ustał, za to mgła nasiliła się na tyle, że momentami miałem wątpliwość, czy 50 m przede mną to jest droga, czy tylko mi się wydaje.
Po lesie zrobiłem jakieś 7 km i było naprawdę świetnie. Zero ludzi, czasem jakieś białodupce (sarny) przebiegały mi drogę, drzewa pooblepiane śniegiem. Miło.
Po dotarciu na szczyt Kopańca dotarłem z powrotem do asfaltu i zacząłem zjeżdżać w stronę domu, bo letni buty rowerowe niezbyt nadają się do łażenia po pas w śniegu. Zmarzłem w stopy jak cholera, a jak nie czuje się palców, to przyjemność z jazdy robi się średnia.
Zjeżdżając z Kopańca minąłem wyciąg orczykowy(!) o którym nie miałem pojęcia, a znam te tereny od 30 lat. Ponieważ nachylenie było naprawdę strome, nie trudno było rozpędzić rower do 30 km/h, co przy panujących warunkach wiązało się z lodem na okularach, brwiach, powiekach, nosie, brodzie, ubraniach, ramie itp. Tak oblepiony dojechałem do domu, mijając po drodze ludzi, którzy patrzyli na mnie chyba z politowaniem. A może to był podziw. Przez lód na okularach ciężko było rozpoznać ;)
Generalnie wypad był ciekawy, ale drugi raz w takich warunkach raczej nie będę jeździł. Bo rower rowerem, ale odrobina rozsądku nie zaszkodzi ;)
Zamieszczam dwie fotki z wyjazdu, bo co prawda było ich więcej, jednak następnego dnia w robocie zgubiłem tel i tylko tyle zrzuciłem wcześniej na kompa. Miał być nowy napęd, a trzeba znów kupować telefon...



