Info
Suma podjazdów to 71481 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Maj6 - 2
- 2013, Kwiecień7 - 10
- 2013, Marzec2 - 2
- 2013, Luty2 - 1
- 2012, Październik1 - 2
- 2012, Sierpień10 - 3
- 2012, Lipiec14 - 2
- 2012, Czerwiec12 - 4
- 2012, Maj13 - 3
- 2012, Kwiecień12 - 12
- 2012, Marzec16 - 16
- 2012, Luty4 - 0
- 2012, Styczeń2 - 0
- 2011, Kwiecień2 - 4
- 2011, Luty1 - 0
- 2010, Czerwiec2 - 0
- 2010, Maj3 - 0
- DST 116.00km
- Podjazdy 1012m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Grodziec i pierwsza setka tego roku
Sobota, 17 marca 2012 · dodano: 20.03.2012 | Komentarze 4
Piękną mamy wiosnę tej zimy - pomyślałem tuż po przebudzeniu, gdy o godzinie 8 rano na termometrze było 8 stopni i bezchmurne niebo. Zapowiada się świetna sobota z pogodą idealną na pierwszą tegoroczną setkę. Cel - Zamek Grodziec. A czemu tam? Raz, że w moich kochanych górach to tak jeszcze średnio jest gdzie tą setkę zrobić, bo jeszcze śniegu kupę leży, a poza tym legnicka ekipa z fr.org również za cel obrała zamek, więc pomyślałem, że fajnie będzie się z nimi spotkać.
Wyruszyłem ok 9:30. Ze wstępnie zaplanowanej trasy wychodziło mi, że na Grodziec będzie ok 55 km, czyli że spokojnie 2 godzinki na dojazd wystarczą. Trasę wybrałem chyba optymalną, przez Wleń i oczywiście Bystrzycę, gdzie nie raz zdarzało się "umierać" na podjeździe. Tym razem jednak wszystko szło, a raczej jechało, z łatwością. Bystrzyca zrobiona na luzie, aż byłem zdziwiony, że w marcu mam taką kondycję. :) Zjechałem do Proboszczowa, po lewej zostawiając wulkan Ostrzyca i dojechałem do Pielgrzymki. Nie wiem jaka cholera mnie podkusiła, wszak nie pierwszy raz na zamek jechałem, ale zamiast jechać dalej prosto do końca wioski, skręciłem w lewo. Po jakiś 5 km skapnąłem się, że na Grodziec to raczej nie tędy droga. Dla upewnienia się postanowiłem zapytać starszego pana,który akurat przechodził przez drogę. Dość szybko przekonałem się, że Polacy może i są życzliwi, ale na pewno nie bezinteresowni. :) Owy jegomość był bardzo chętny wskazać mi drogę, jednak najpierw ja musiałem go poratować w nagłej potrzebie ugaszenia pragnienia. Wody w bidonie miałem niewiele, ale pomyślałem, że słońce faktycznie może dawać się we znaki, więc się podzielę. Dziadkowi nie o takie picie jednak chodziło. Wsadził mi w dłoń 10 zł, reklamówkę i powiedział, że tam, kawałek dalej, może ze 2 km, jest sklep. Mam pojechać i kupić mu nalewkę żołądkową gorzką i dwa piwa piastowskie, bo ta cholerna stara go pilnuje i biedny do sklepu iść nie może... Głupio mi było się wycofać, więc pojechałem.
Wchodzę do sklepu, z daleka już widać, że ze mnie "kolarz", podchodzę do lady i proszę o te cholerne piwa i nalewkę. A pani ekspedientka szok! Przyniosła butelki i podając mi je, z niepewnością w głosie zapytała: A pan to będzie teraz pił, bo nie wiem, czy za butelki kaucję liczyć?? Powiedziałem, że nie, że to nie dla mnie, ale dla mieszkańca jej miejscowości i niby zaczęła się śmiać, ale jak wsiadałem na rower, to chyba dla pewności wyszła ze sklepu i sprawdzała, czy czasem 20 m dalej nie obalam tej nalewki ;)
Zawiozłem trunki dziadkowi, już z daleka dawał mi jakieś znaki. Zrozumiałem, że mam te butelki zostawić w rowie, tak żeby "stara" przez okno nie widziała, że mu coś kupiłem. Dziadek oczywiście wywiązał się z obietnicy, ale dowiedziałem się dokładnie to, co sam wcześniej zauważyłem, czyli że niepotrzebnie w Pielgrzymce skręciłem w lewo.
Wróciłem na dobrą trasę i trochę przycisnąłem, bo czas uciekał, kilometry niepotrzebne robiłem, a Legnica już może sobie na zamku siedzi. Na zamek dojechałem dość szybko, nikogo jeszcze nie było. Rozsiadłem się i zacząłem czekać... Mniej więcej po 30 min zacząłem się nieco nudzić, postanowiłem więc zwiedzić zamek. Rower pilnowała mi uprzejma pani kustosz, a ja łaziłem po raz kolejny po tarasach widokowych, komnatach, lochach. Gdy wróciłem na dziedziniec, Legnicy dalej nie było. Przyjechali mniej więcej po godzinie. Połowa zjechała na dół, zanim zdążyłem podjechać i się przywitać. Z pozostałymi posiedzieliśmy sobie na dziedzińcu sącząc pyszne zimne piwko i gadając o duperelach. Fajnie było spotkać "starą" ekipę, choć część z obecnych była dla mnie nowa. No i miło było spotkać Kulsa, który w zeszłym roku będąc na "gościnnych występach" w Legnicy towarzyszył mi w wypadzie właśnie na Grodziec.
Wracałem dokładnie tą samą trasą, którą przyjechałem. Od Wlenia zaczął się długi, monotonny podjazd i powoli zaczynałem się dziwnie czuć. Myślałem, że może to przez to piwko, ale zazwyczaj taka niemoc dość szybko mi przechodziła. Tym razem z czasem czułem się coraz gorzej, prędkość spadała, kadencja również, zaczęły mnie przechodzić dreszcze. W pewnym momencie złapałem się na tym, że nie bardzo wiedziałem co się ze mną dzieje. Kręciło mi się w głowie i nie bardzo czułem, że jadę na rowerze. A do domu było jeszcze 12 km. Zsiadłem z roweru, pomyślałem, że jak chwilę pobędę " w pionie", to mi przejdzie. Nic się jednak nie zmieniło, dalej czułem się jak po obaleniu 0,7 wódki. A skoro nie było różnicy, to znów wsiadłem na rower i tak na wpół przytomny dotoczyłem się do domu.
A teraz powód mojej męczarni - zdecydowanie za mało jedzenia w ciągu dnia. Co prawda śniadanie było konkretne, ale już w trasie tylko 3 bułki i jakiś baton. Organizm po zimie jeszcze się nie przestawił i w zasadzie przez cały wyjazd czułem głód, który z czasem się pogłębiał. Po powrocie do domu nie mogłem się najeść, jakby mnie przez miesiąc głodzili ;)
W zeszłe wakacje poczułem co to znaczy odwodnić organizm (pozdrawiam serdecznie Asię ;) ), teraz wiem, jak to jest jechać na totalnym głodzie. Tak że panie i panowie - odpowiednie żywienie i picie w czasie jazdy to podstawa, bo nawet największego twardziela dopadnie kryzys, gdy organizm nie będzie miał z czego produkować energii. Mam nadzieję, że wyciągnę z tego wnioski, choć znając mnie, to różnie z tym może być... ;)
Komentarze
Co do niemocy i "Myślałem, że może to przez to piwko" - to efekt piwka na pusty żołądek. Czyli i jedzonko, i piwko.
Ciekawy bikelog. Jest co poczytać, a to lubię.
Pozdrawiam.

