Info
Suma podjazdów to 71481 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Maj6 - 2
- 2013, Kwiecień7 - 10
- 2013, Marzec2 - 2
- 2013, Luty2 - 1
- 2012, Październik1 - 2
- 2012, Sierpień10 - 3
- 2012, Lipiec14 - 2
- 2012, Czerwiec12 - 4
- 2012, Maj13 - 3
- 2012, Kwiecień12 - 12
- 2012, Marzec16 - 16
- 2012, Luty4 - 0
- 2012, Styczeń2 - 0
- 2011, Kwiecień2 - 4
- 2011, Luty1 - 0
- 2010, Czerwiec2 - 0
- 2010, Maj3 - 0
- DST 33.16km
- Teren 20.00km
- Czas 02:55
- VAVG 11.37km/h
- VMAX 58.69km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 405m
- Sprzęt Szara Eminencja Żiżi
- Aktywność Jazda na rowerze
Pod(Górzyniec)
Niedziela, 18 marca 2012 · dodano: 19.03.2012 | Komentarze 0
Mimo kalendarzowej zimy, za oknem wiosna pełną gębą, więc aż żal nie skorzystać. Po wczorajszym "kryzysie" pozostały jeszcze ślady (największe w brzusiu, bo wciąż byłem nienajedzony), niemniej nie potrafiłem odmówić Juniorowi i z lekkim niepokojem zasiadłem na siodełko. Plan był taki: maks 3 godzinki i raczej po lesie.
Początek po asfalcie, co nie oznacza, że było łatwo ;) Pierwszy "większy" podjazd i już się zastanawiałem, czy czasem nie wracać do domu. Pomyślałem jednak o biednym Marku, o tym, jak ciężko tyra za naszą zachodnią granicą projektując jakieś elektroniczne duperele dla tej firmy, co to na masce samochodu ma celownik i jak się cieszy, gdy tylko może wyskoczyć z kimś "nieniemieckojęzycznym" na rower. Zagryzłem zęby, zacisnąłem pośladki i rura! Na miejsce naszego spotkania dojechałem jak zwykle za wcześnie, a Marek jak zwykle się spóźnił. Tym razem miał jednak wytłumaczenie, bo po drodze złapał kapcia.
Chwila gadki i decyzja zapadła - jedziemy na Górzyniec, potem w las, a dalej to się zobaczy. Po drodze minęliśmy się ze sporą grupką szosowców, w wieku takim raczej emerytalnym. Zapraszali, żebyśmy się przyłączyli, ale nie z nami takie numery! Znamy takich "dziadków" na szosówkach, co to niby 65 lat na karku, siwe bródki i z daleka wyglądają jak pensjonariusze sanatorium Świeradów Zdrój. Człowiek naiwny się zgodzi na wspólną przejażdżkę, podjedzie bliżej i okazuje się, że dziadek ma łydkę jak Ullrich i że kiedyś to jeździł w peletonie, a teraz to tak już nie wiele, bo 13 000 km rocznie robi. Tym razem nie daliśmy się nabrać ;)
Gdy dojeżdżaliśmy do Górzynieckich lasów, zaczynałem odczuwać głód. Oczywiście niedziela, to sklepy na wiosce pozamykane, więc nawet na przysłowiowego batonika nie było szans. Jechaliśmy dalej, wyjścia nie było, a ja modliłem się tylko, żeby nie powtórzyła się wczorajsza historia... Wjechaliśmy w las, głównym traktem wiodącym na Rozdroże Izerskie spacerowało sporo ludków, wśród nich "ten" Grabek. Zjechał nas wzrokiem z góry na dół i już nie mamy teraz wyjścia, musimy pojawić się u niego na maratonach, bo pewnie nas zapamiętał, a nie wypada mu podpadać. ;)
Im głębiej w las, tym mój głód był coraz większy. Trasa prowadziła ciągle pod górę i po kamieniach, więc resztki śniadania już dawno poszły w niepamięć. Był co prawda jeden plus tej mojej niemocy - Marek już za mną nadążał ;) Pamiętam, jak byliśmy równorzędnymi przeciwnikami, ale to było jakieś 30 kg temu mniej, Marka 30 kg... Ale Junior ciężko pracuje nad sobą (tak mówi), więc jest ok ;)
A wracając do wyjazdu, wspięliśmy się na górę, tj. na Kozią Szyję, czy jakoś tak, nad Kopaniec w każdym bądź razie. O ile na dole było ciepło, tak pewnie ze 20 st, to na górze, mimo słońca, temp była tak w okolicach 5 st. A my krótkie spodenki i cienkie, letnie bluzy... Wypizgało nas stamtąd szybko, tym bardziej że droga prowadziła asfaltem w dół. Na krzyżówce w Kopańcu każdy skręcił w swoją stronę. Marek miał pewnie przed oczami podjazd, który go jeszcze czekał na trasie, ja, z racji, że do domu było w dół, przed oczami miałem obiad...
A w domu czekał pyszny makaronik ze szpinakiem ;)
By elkaziorro at 2012-03-19
By elkaziorro at 2012-03-19

